wtorek, 19 marca 2019

Nowy Jiczyn - u naszych południowych sąsiadów.

Weekend zapowiadał się słonecznie.
Po dniach z silnymi, chłodnymi wiatrami, nie chciałam uwierzyć w to, że w niedzielę 17 marca temperatura ma skoczyć na plus -  16/ 18 stopni.
Po niedzielnym śniadaniu, krótka rozmowa:

- Wymyśliłem trasę. Jedziemy do Czech. :)
- Kolejny zamek? - już cieszę się, jak dziecko.
- Zamek jakiś tam jest, ale chyba szału nie ma...
- To taka tajemnica, gdzie pojedziemy? Przecież muszę wiedzieć, co na siebie narzucić.
- To niespodzianka :). Ale raczej wybierz sukienkę...

I tyle się dowiedziałam. Do samochodu pakuję sportowe buty w razie czego :)
Nigdy nie wiadomo, gdzie M. mnie wywiezie...

Jedziemy tradycyjnie w kierunku Raciborza, w kierunku Opawy.
Ale tym razem nie Opawa okazuje się naszym celem podróży - tylko Nowy Jiczyn.
No tego się faktycznie nie spodziewałam...
Zapraszam na wycieczkę.


Nowy Jiczyn jest malowniczo położonym miastem, które znajduje się na południowym skraju Bramy Morawskiej na Podbeskidziu. To zaledwie półtora godziny jazdy samochodem od naszego miejsca zamieszkania.
Miasto powstało według źródeł w latach osiemdziesiątych XIII wieku na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych. Najstarsza wzmianka na temat miasta pochodzi dopiero z 1313 roku.
W Nowym Jiczynie można zobaczyć wiele ciekawych zabytków, które tworzą miejski Rezerwat Zabytków im. Masaryka, utworzony w 1967 roku.



Co zatem można zobaczyć w Nowym Jiczynie?
Z zabytków kultury na przykład regularny kwadratowy rynek, który nie ma swojego odpowiednika ( prawdopodobnie) w całych Czechach.
Znajdują się tu cenne mieszczańskie kamieniczki z podcieniami na wszystkich pierzejach rynku.





Krążyłam wokół rynku, by uwiecznić jak najwięcej miejsc. Miasto było totalnie wyludnione.
Chyba wszyscy mieszkańcy gotowali niedzielny obiad :)

O nazwie Nowego Jiczyna mówi kilka legend. Według jednej z nich miasto nazwano od imienia pięknej córki staroiczyńskiego zamku, Jitky, która aby uratować małego chłopca, walczyła z niedźwiedziem. Walkę oczywiście by przegrała, ale ocalił Jej życie pewien pasterz, który później został mężem dziewczyny.
Tyle legenda, a my podziwiamy dalej zadbane miasteczko:




Pod arkadami:


Piękne kamieniczki i detale:








Środek placu zdobi słup morowy z początku XVIII wieku, zaś w tle widoczny jest nowobarokowy hełm nad renesansową galeryjką na wieży kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Panny Marii.



W tym miejscu możemy także zobaczyć kamienną fontannę z rzeźbą tańczących wieśniaków:


I znowu urokliwe kamieniczki:




Za kamienicą w tle widoczna jest wieża ratusza:





W centralnym miejscu na Rynku jest umieszczona rzeźba św. Mikołaja oraz fontanna.
O tej porze roku, jeszcze bez wody...


Rynek, uliczki są zadbane, brakowało mi jednak bardzo zieleni i kwiatów, ale wiadomo, że na to jest jeszcze za wcześnie.



Chcieliśmy gdzieś przycupnąć, by napić się kawy i zjeść małe co nieco, ale wszystkie kawiarenki były pozamykane...



Wchodzimy w uliczkę, bliżej kościoła, który niestety także był zamknięty.



Okazała wieża obok  kościoła:


I zamknięty kościół na cztery spusty...



Wracamy do rynku:



Chciałam jeszcze uwiecznić kilka miejsc.
Podobały nam się  umieszczone wokół nieczynnej fontanny rzeźby jabłek:




Jednym z kolejnych atrakcji Nowego Jiczyna jest renesansowy zamek Żerotyński, aktualnie pałac i siedziba Muzeum Nowojiczyńska. Można zobaczyć tam oryginalną ekspozycję poświęconą technologicznemu procesowi wytwarzania kapeluszy.
Kierujemy się w stronę zamku. Mijamy piękną kamienicę, w której mieści się hotel:



Tego dnia muzeum także było nieczynne. :(


Wchodzimy na skromny dziedziniec:




Wieże pięknie wyglądają na tle niebieskiego nieba:



Czy warto jechać do Nowego Jiczyna?
Warto, ale my przed sezonem prawie wszędzie "pocałowaliśmy klamki".
Pogoda jednak dopisała, więc pierwszą wycieczkę w tym roku uważam za udaną.
Pewnie moglibyśmy pobyć w miasteczku dłużej, była to jednak próba kondycji zarówno M. jak i mojej...


Wycieczkowo:

Sukienka: pamiątka z Wisły
Kurtka: lokalny sklep
Botki: CCC
Torebka: lokalny sklep

I jeszcze mały bonus.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w jedynej wypatrzonej otwartej gospodzie, aby wreszcie  się posilić.
Przed karczmą  wylegiwał się w słoneczku cudny czarny kot, a ja oczywiście musiałam go pogłaskać.




Piękny, prawda?


Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich odwiedzających.
Przepraszam, że nie odpisałam jeszcze na wszystkie maile... Potrzebuję lepszego czasu...