Córeczko, patrzę na Twój portret i ból paraliżuje mnie tak jak trzy lata temu.
Żadne słowa nie przynoszą ukojenia.
Żaden Bóg nie jest w stanie mnie pocieszyć.
Przepraszam, że nie pozwalam Ci odejść...
**************************************
Nie, nie mówcie mi, że mam odrzucić tę rozpacz, bo to niemożliwe...
Żyję jakby za szybą.
Lawiruję pomiędzy 1, 2 i 3 etapem żałoby, które mogą trwać 10 lat a może i dłużej.
Nie jestem jeszcze gotowa na prawdziwą radość, jeszcze nie teraz.
Może nigdy.
Przede mną leży książka "Powrót nadziei."Analizuję każdy rozdział, każde zdanie i już wiem, że czeka mnie bardzo długa droga, by po bólu odnaleźć znów radość.
Kiedy otrzymałam od mojej pani psycholog tę książkę, pochłonęłam jej treść z wypiekami na twarzy.
Czytałam, płakałam, rozmawiałam z Anią, wyłam z bólu...
Widziałam przed oczyma setki sytuacji. Byłam wyczerpana psychicznie.
To wszystko są wieloletnie procesy.
I nie da się wrzucić uczuć, emocji, cierpienia do szuflady, zamknąć ją i rozpocząć nowe życie.
Dzieci są naszą częścią, a my matki szczególnie jesteśmy emocjonalnie z nimi związane.
Nie twierdzę, że ojcowie nie przeżywają mocno żałoby po stracie dziecka, jednak u nas kobiet ten proces trwa o wiele dłużej i intensywniej.
Teraz czytam książkę drugi raz.
Etap pierwszy to SZOK: niedowierzanie, wewnętrzny zamęt, może pojawić się wzburzenie, bezradność, ból, często gniew na Boga.
Znam te wszystkie stany, kilka tkwi we mnie nadal.
Niczego nie można przyspieszyć, opuścić. To trudne dni, tygodnie, miesiące a nawet lata.
Kiedy zadzwonił telefon 6.02. 2017 roku i mąż przyszedł przekazać mi informację, że moja Ania przeszła na drugą stronę, nie potrafiłam wydusić z siebie głosu.
Po chwili powtarzałam jak w amoku: "To niemożliwe, to niemożliwe, Boże to niemożliwe."
Potem dopiero polały się łzy. Byłam tak przerażona, że nie zobaczę już swojej Córki, że nie umiałam wykonać najprostszych czynności.
Przecież byłam u Niej w niedzielę, wiedziałam, że jest bardzo źle.
Ostatnie tygodnie choroby Ani, to był nieustający strach, że ten dzień się zbliża, że śmierć czai się obok i chce zabrać moje Dziecko.
A jednak trzymałam się nitki nadziei, że coś się zmieni, że Ania nadal będzie żyła... Do końca wierzyłam, że stanie się jakiś cud.
Bezradność, pustka, ból, nieprzespane noce osaczały mnie każdego dnia, zaciskały pętlę na szyi.
Mojej Ani nie ma... Co to znaczy - nie ma?
Nieustanne pytania: Dlaczego? I brak odpowiedzi.
Natężający się gniew na Boga i niemoc, jak dalej żyć...
Minął rok...
Etap drugi to UŚWIADOMIENIE SOBIE STRATY: niepokój, konflikty emocjonalne, przewlekły stres, nadwrażliwość, gniew oraz nieustanne poczucie winy.
Stres wywołuje choroby. To także jeden krok od depresji.
Pamiętam ten dzień. Za godzinę miałam wyjść do pracy. Nagle opuściły mnie wszystkie siły.
Nie potrafiłam podnieść ręki. Miałam wrażenie, że zapadam się w jakąś dziurę.
Mąż wystraszył się, że to jest drugi zawał. Wezwał karetkę.
Siedziałam skulona na kanapie i płakałam. Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje.
Wszystko mnie bolało i nic mnie nie bolało. Tak jakby mnie nie było.
Młoda lekarka zbadała mnie, przeprowadziła wywiad i postanowiła zabrać do szpitala.
Resztkami sił wydusiłam, że nie mogę, że muszę być dzisiaj w pracy...
Bo czekają na mnie uczniowie, bo muszę wysłać pracę na konkurs, bo...
Pani doktor spojrzała na mnie i powiedziała: "No to niech pani idzie..."
To było brutalne, ale prawdziwe. Nie miałam przecież siły na nic...
Nie miałam siły poruszać palcami, wstać z kanapy. Moje ciało było jakby obok mnie.
Ratownik pogotowia prawie na rękach zaniósł mnie do karetki.
W szpitalu po kilku godzinach długa rozmowa z lekarzem.
Niezwykle empatycznym. Powiedział mi, że jest lekarzem, ale także ojcem i nie wyobraża sobie, gdyby miał stracić dziecko.
-Pani musi ratować siebie. Inaczej te stany panią zabiją... Pani podąża za swoją Córką.
To był silny atak depresji...
Nie, to niemożliwe. Ja i depresja? Przecież pracuję, kontaktuję się z ludźmi.
Czasem nawet się śmieję... Podróżujemy...
A jednak... Podstępna choroba złapała mnie w swoje sidła.
Podpowiadała najgorsze rozwiązania.
Mój system odpornościowy nie miał siły, by walczyć z czymkolwiek.
Zaczęła się lawina problemów zdrowotnych. Szpitale, jeden po drugim...
I to ogromne poczucie winy, dlaczego nie uratowałam Ani?
Co jeszcze mogłam zrobić? Co przeoczyłam?
Dlaczego nie znalazłam lekarstwa, by Ją uzdrowić?
Dlaczego moje modlitwy nie zostały wysłuchane?
Jestem, byłam złą matką, skoro moja Córka zachorowała.
To ja powinnam odejść, a nie Ona...
Tego nie można objąć rozumem.
Nie mam prawa do szczęścia, jakiejkolwiek przyjemności.
I ten trwający gniew na Boga, że pozwolił na to wszystko...
Minął kolejny rok...
Etap trzeci: WYCOFANIE SIĘ; rozpacz, osłabienie systemu odpornościowego, zmęczenie, praca nad smutkiem i żalem, "hibernacja"
Rozpacz nie mijała i nie mija. Choroby zaczęły się mnożyć. Organizm zaczął szaleć. Nie panowałam i nie panuję już nad tym. Gdyby nie mój Mąż i Bliscy, nie wiem, gdzie byłabym dzisiaj...
Najbezpieczniej czuję się w naszym mieszkaniu. Już od dłuższego czasu unikam sklepów, tłumów.
Nigdzie nie wychodzę sama z domu. Zdarzają mi się niekontrolowane utraty przytomności.
Macki depresji skutecznie mną manipulują. Dopadają w najmniej oczekiwanym momencie.
W moim przypadku etap 2 i 3 tak jakby połączył się w jeden...
I dalej trwa, a właściwie trwają...
Jestem zawieszona między 2 i 3 etapem żałoby.
Jestem ciągle na początku drogi.
Poczucie winy nie mija, mimo wizyt i rozmów z panią psycholog.
Ten etap a właściwie dwa etapy mogą trwać, tak jak pisałam już wcześniej, 10, a może 15 lat...
To już wiem, ale nie wiem, jak będą przebiegać.
Są jeszcze etapy IV i V. Nie wiem, czy będzie mi dane przez nie przejść.
Dlatego na razie nie będę o nich pisać...
I nie chcę pisać też o tym, co dzieje się dzisiaj w mojej głowie i sercu, bo żadne słowa nie są w stanie tego opisać.
Jest 7.00 rano. O tej godzinie Aniu przechodziłaś już na drugą stronę.
Twoje ostatnie słowa:
"Mamo, Marcin..."
Nigdy sobie nie wybaczę, że w tym momencie nie było mnie przy Tobie...
Kochana Córeczko, Ty wiesz, jak bardzo tęsknię, jak wszyscy tęsknimy.
Niech Aniołowie opiekują się Tobą.
Dziękuję mojemu Mężowi, Synowi, Synowej, Wnuczce, Dzieciom i Wnukom ze strony Męża, Zięciowi, bliższej i dalszej Rodzinie, Przyjaciołom, tym w realu i wirtualnym, za to, że jesteście.
czwartek, 6 lutego 2020
sobota, 1 lutego 2020
Pierwszy spacer w Dubaju.
Po pierwsze i to chyba dla nas było najważniejsze, temperatury w tym miesiącu są bardzo przyjemne.
24, 25 stopni a 3 ostatnie dni już 27 stopni, to zdecydowanie wystarczająco.
Nie wyobrażam sobie, by zwiedzać Emiraty od maja do września, kiedy na przykład w lipcu temperatura może przekroczyć 50 stopni. Toż to tak, jakby wejść do piekarnika...
Nie dla nas. Może są jednak tacy odważni turyści :)
Po drugie, na plaży nie było tłoku, a to lubimy...
Po trzecie, M. stwierdził, że już spokojnie można pływać, nie zgrzytając po wyjściu z wody
zębami.
Po czwarte, nie ma jeszcze tłumów turystów, chociaż podczas zorganizowanych wycieczek, niestety już tak...
Po piąte, jeśli ktoś lubi, są mega promocje w sklepach. ( Osobiście kupiłam tylko niebieski szalik z kaszmiru, ponieważ nie kupuję na razie żadnych ubrań - to takie moje osobiste postanowienie).
A jaki jest Dubaj? Ciekawy, zaskakujący, bogaty, bardzo czysty oraz bezpieczny.
Jak dla nas - 8 dni wystarczy.
Jak dla nas - 8 dni wystarczy.
To nie są nasze klimaty, ale zawsze warto zobaczyć, także coś zupełnie innego.
Szklane wieżowce sięgające nieba robią wrażenie, jednak w takiej "dżungli" i przepychu nie potrafilibyśmy żyć.
Nasz wyjazd - cel to było zobaczenie, jak faktycznie jest w Emiratach oraz odpoczynek, który należał się mojemu M, a także mnie, po wcale niełatwym 2019 roku.
Czy wróciłabym drugi raz do Dubaju?
Na razie na to pytanie nie odpowiem.:)
Zapraszam zatem na pierwszy nasz spacer.
Dubaj to największe miasto w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Jest położone na południowym wybrzeżu Zatoki Perskiej.
Na podstawie źródeł, w 2019 roku miasto zamieszkiwało przeszło 3,3 miliona ludności.
Zaś w 2018 roku Dubaj odwiedziło przeszło 16 milionów turystów z całego świata i liczba ta ciągle rośnie.
To czwarte najczęściej odwiedzane miasto po Bangkoku, Londynie oraz Paryżu.
Przed nami już z daleka są widoczne wieżowce.
Podczas spacerów i wycieczek towarzyszyło nam przesympatyczne małżeństwo.
Krótki odpoczynek i kilka fotek na pamiątkę:
Dzięki Nim, mamy pamiątkowe zdjęcie:
No i solo:
Ruszamy dalej:
Szklane drapacze chmur są tutaj wizytówką miasta. Najwyższym budynkiem jest
Burj Khalifa ( 828 m. wysokości ). Więcej ciekawostek na jego temat będzie w odrębnym poście.
Na zdjęciach poniżej widoczna iglica słynnego budynku:
W Dubaju znajduje się przeszło 300 wieżowców.
Oto kilka z nich, naprawdę trudno je złapać w całości w kadrze:
My:
M. i P.:
Pozdrawiamy Was cieplutko i dziękujemy za mile spędzony czas.:)
To co nas ujęło w Dubaju, to czyste chodniki, przystanki, metro, etc. Tutaj za śmiecenie płaci się bardzo wysokie kary pieniężne.
Tego dnia podczas spaceru wypatrzyliśmy kilka ciekawych murali:

Zaskoczyło nas to, że praktycznie mało kto spacerował, a koty leniwie wygrzewały się na chodniku:
Ten kotek - rudasek ( poniżej na zdjęciu) przypominał mi Tycka - ukochanego kiciusia mojej Ani.
W przeddzień tego spaceru mojemu M. przyśniła się moja Córka. Obudziliśmy o 2.00 nad ranem.
M. powiedział:
- Ania mi się przyśniła.
Zerwałam się na równe nogi.
- Mów, mów szybko, co Ci się śniło, bo do rana zapomnisz.
- Ania oprowadzała nas po Dubaju. wyglądała ślicznie. Miała na sobie sukienkę w kwiaty.
Dużo mówiła do Nas, ale niczego nie pamiętam. Wiem tylko, że uśmiech nie schodził Jej z twarzy. Ona tu jest z nami, wierzę w to...
Oboje popłakaliśmy się.
Długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o Ani...
A następnego dnia podczas spaceru spotkaliśmy "Tycka", tak nazwałam tego kotka...
Przypadek?
Zaraz obok miejsca, gdzie wylegiwał się "Tycek", znajdowała się śliczna kwiaciarnia.
Obok nowoczesnych budynków takie swojskie miejsca także można tutaj zobaczyć:
Powoli wracamy do hotelu na planowane spotkanie z przedstawicielem naszego Biura Podróży.
Więcej na temat Dubaju oraz także na temat Abu Dhabi będzie w kolejnych postach.
Dziękuję pięknie za komentarze pod ostatnim postem. Jutro postaram się na nie odpisać.
Życzę wszystkim odwiedzającym miłej niedzieli i dobrego nowego tygodnia.
Zdjęcia pochodzą ze stycznia 2020 roku.
Zapraszam zatem na pierwszy nasz spacer.
Dubaj to największe miasto w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Jest położone na południowym wybrzeżu Zatoki Perskiej.
Na podstawie źródeł, w 2019 roku miasto zamieszkiwało przeszło 3,3 miliona ludności.
Zaś w 2018 roku Dubaj odwiedziło przeszło 16 milionów turystów z całego świata i liczba ta ciągle rośnie.
To czwarte najczęściej odwiedzane miasto po Bangkoku, Londynie oraz Paryżu.
Przed nami już z daleka są widoczne wieżowce.
Podczas spacerów i wycieczek towarzyszyło nam przesympatyczne małżeństwo.
Krótki odpoczynek i kilka fotek na pamiątkę:
Dzięki Nim, mamy pamiątkowe zdjęcie:
No i solo:
Ruszamy dalej:
Szklane drapacze chmur są tutaj wizytówką miasta. Najwyższym budynkiem jest
Burj Khalifa ( 828 m. wysokości ). Więcej ciekawostek na jego temat będzie w odrębnym poście.
Na zdjęciach poniżej widoczna iglica słynnego budynku:
W Dubaju znajduje się przeszło 300 wieżowców.
Oto kilka z nich, naprawdę trudno je złapać w całości w kadrze:
My:
M. i P.:
Pozdrawiamy Was cieplutko i dziękujemy za mile spędzony czas.:)
To co nas ujęło w Dubaju, to czyste chodniki, przystanki, metro, etc. Tutaj za śmiecenie płaci się bardzo wysokie kary pieniężne.
Tego dnia podczas spaceru wypatrzyliśmy kilka ciekawych murali:

Zaskoczyło nas to, że praktycznie mało kto spacerował, a koty leniwie wygrzewały się na chodniku:
Ten kotek - rudasek ( poniżej na zdjęciu) przypominał mi Tycka - ukochanego kiciusia mojej Ani.
W przeddzień tego spaceru mojemu M. przyśniła się moja Córka. Obudziliśmy o 2.00 nad ranem.
M. powiedział:
- Ania mi się przyśniła.
Zerwałam się na równe nogi.
- Mów, mów szybko, co Ci się śniło, bo do rana zapomnisz.
- Ania oprowadzała nas po Dubaju. wyglądała ślicznie. Miała na sobie sukienkę w kwiaty.
Dużo mówiła do Nas, ale niczego nie pamiętam. Wiem tylko, że uśmiech nie schodził Jej z twarzy. Ona tu jest z nami, wierzę w to...
Oboje popłakaliśmy się.
Długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o Ani...
A następnego dnia podczas spaceru spotkaliśmy "Tycka", tak nazwałam tego kotka...
Przypadek?
Zaraz obok miejsca, gdzie wylegiwał się "Tycek", znajdowała się śliczna kwiaciarnia.
Obok nowoczesnych budynków takie swojskie miejsca także można tutaj zobaczyć:
Powoli wracamy do hotelu na planowane spotkanie z przedstawicielem naszego Biura Podróży.
Więcej na temat Dubaju oraz także na temat Abu Dhabi będzie w kolejnych postach.
Dziękuję pięknie za komentarze pod ostatnim postem. Jutro postaram się na nie odpisać.
Życzę wszystkim odwiedzającym miłej niedzieli i dobrego nowego tygodnia.
Zdjęcia pochodzą ze stycznia 2020 roku.
sobota, 25 stycznia 2020
Dubaj w styczniu.
To było nasze trzecie podejście do ZEA.
Perspektywa ( w lutym) kolejnej wizyty w szpitalu, przekonała mnie ostatecznie, że chcę przed tym faktem, zaczerpnąć trochę słońca. M. także potrzebował odpoczynku.
Lot nie mógł być jednak za daleko, tak góra 5 - 6 godzin, no i ciepełko, ale w miarę umiarkowane...
I jakoś tak w końcu ostatecznie padło na Dubaj.
Oczywiście, gdyby to było możliwe, wolałabym spędzić ten czas na przykład w Peru lub Tajlandii.
Jednak, jeszcze nie teraz... Musimy poczekać.
Wypoczęliśmy, zobaczyliśmy "inny świat" oraz istny tygiel kulturowy.
Słoneczko przyjemnie grzało i jedynie wszechobecne bogactwo oraz las szklanych wieżowców przytłoczył mnie co nieco.
O moich wrażeniach z Dubaju i Abu Dhabi napiszę w poszczególnych postach.
Zapraszam na fotorelację:
Zdjęcia póki co nieuporządkowane, jeśli chodzi o kolejność zwiedzania.
Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich odwiedzających.
Życzę miłej niedzieli :) i spokojnego nowego tygodnia.
W przyszłym tygodniu odwiedzę moje ulubione blogi. Wiem, mam straaaszne zaległości.
Zdjęcia pochodzą ze stycznia 2020 roku.
Perspektywa ( w lutym) kolejnej wizyty w szpitalu, przekonała mnie ostatecznie, że chcę przed tym faktem, zaczerpnąć trochę słońca. M. także potrzebował odpoczynku.
Lot nie mógł być jednak za daleko, tak góra 5 - 6 godzin, no i ciepełko, ale w miarę umiarkowane...
I jakoś tak w końcu ostatecznie padło na Dubaj.
Oczywiście, gdyby to było możliwe, wolałabym spędzić ten czas na przykład w Peru lub Tajlandii.
Jednak, jeszcze nie teraz... Musimy poczekać.
Wypoczęliśmy, zobaczyliśmy "inny świat" oraz istny tygiel kulturowy.
Słoneczko przyjemnie grzało i jedynie wszechobecne bogactwo oraz las szklanych wieżowców przytłoczył mnie co nieco.
O moich wrażeniach z Dubaju i Abu Dhabi napiszę w poszczególnych postach.
Zapraszam na fotorelację:
Zdjęcia póki co nieuporządkowane, jeśli chodzi o kolejność zwiedzania.
Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich odwiedzających.
Życzę miłej niedzieli :) i spokojnego nowego tygodnia.
W przyszłym tygodniu odwiedzę moje ulubione blogi. Wiem, mam straaaszne zaległości.
Zdjęcia pochodzą ze stycznia 2020 roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











































































