Deszcz spływa po szybach. Wycieraczki nerwowo próbują prześcignąć spływające krople.
Samochód nagle skręca, szpaler drzew. Ciemno... Jakoś tak strasznie.
- Czy my na pewno dobrze jedziemy? Przecież jesteśmy w lesie?
- To nie jest las, to park wokół szpitala. Kiedyś było tutaj sanatorium.
W milczeniu dojeżdżamy do celu. Nagle wyłania się olbrzymi budynek. Przytłacza swoją starością.
Wielkie okna i niebotycznie wielkie drzwi patrzą nieprzyjaźnie.
- Ale nie zostanę tutaj? Pójdziemy tylko na konsultacje?
- Zobaczymy, jak będzie....
M. z trudem otwiera ciężkie i wysokie drzwi. Ogarnia nas głucha cisza. Ściskam pod pachą teczkę z wynikami. Nagle jakaś pacjentka wyrasta jakby z podłogi.
- Szukacie Izby przyjęć? Gabinetu lekarza? Musicie iść na pierwsze piętro.
Czy Ona czytała w naszych myślach?
******************
Wchodzimy do gabinetu. Lekarz w skupieniu przegląda moje dokumenty, wyniki badań.
Momentami kiwa głową.
Skubię nerwowo rękaw sukienki...
Lekarz podnosi wzrok, spogląda na mnie.
- Musi pani położyć się na oddziale...
W głowie czuję szum moich myśli. Jak automat odpowiadam na pytania.
Wreszcie zdobywam się na odwagę.
- Panie doktorze, naprawdę muszę? To będzie już trzeci mój pobyt w tym roku w szpitalu, a w sumie chyba już chyba dwudziesty ... Może pan myśleć o mnie, że jestem dziwna, ale chciałabym wrócić do pracy, do obowiązków, do normalnego życia.
- Musimy panią dokładnie zdiagnozować, nie ma innej drogi. Czeka panią kilka badań i zabiegów.
Inaczej się na da...
Czuję, że za chwilę się rozpłaczę jak małe dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę.
Słucham lekarza i już nie mam siły, by się buntować.
*******************
Walizka spakowana. Wstaje piękny słoneczny dzień.
Rano park i szpital wyglądają inaczej. Kolorowe kaskady liści otulają budynek. Ale nadal to miejsce budzi respekt.
Na korytarzu tłum ludzi. Na co drugiej twarzy maluje się strach.
Nikt nikogo o nic nie pyta. Każdy czeka na swoją kolej. Trochę to trwa.
Wreszcie słyszę swoje nazwisko. Ankiety, pytania, pytania i ankiety.
Opaska na rękę i przydział sali.
- Dzień dobry...
Nieśmiało wchodzę do pokoju.
- Może pani wybrać sobie łóżko.
- Dziękuję, może to, pod oknem...
A tak naprawdę, jakie to ma znaczenie...
- Proszę się przebrać. Będziemy za chwilę wołać panią na pierwsze badania i zabiegi.
Pani N. śpi niespokojnie, widać, że cierpi. Cichutko otwieram walizkę.
Jeszcze nic nie wiem, niczego nie rozumiem. Czuję jednak wiszący w powietrzu lęk przeplatany niepewnością.
*********************
Mija kilka dni. Wszystkie cztery łóżka już mają swoją właścicielkę. Każda ze swoim garbem trosk na plecach.
Na każdy wynik czekamy jak na wyrok.
Każdy dzień przynosi coś innego. Ale wspieramy się nawzajem... A najbardziej Ninkę.
Serce ściska mi się z bólu, kiedy widzę cierpienie Niny. Mogę podać Jej picie, jedzenie, zawołać pielęgniarkę, nawet próbować rozweselić, ale to wszystko za mało... O wiele za mało.
My wiemy, Ona nie... To początek końca...
A za oknem przepiękna, złota jesień. Otwieram balkon każdego dnia i łapię jak ryba powietrze ciepły powiew życia.
*********************
Najgorsze są wieczory i noce.
Wieczory po intensywnym dniu ciągną się jak guma do żucia.
Noce bezsenne dyszą niezdrowym oddechem.
I te pytania, które bombardują umysł.
- Dlaczego ludzie tak cierpią?
- Dlaczego godziny tak wolno płyną?
- Co przyniesie jutro?
Przewracam się z jednego boku na drugi. Na lewym dusi serducho, na prawym uciskają plastry po punkcjach. Ninka znowu jęczy...
- Pani Nino, podać coś pani? Może zadzwonię lub pójdę po pielęgniarkę?
- Nie, dziękuję, może tylko wodę. Dlaczego tak strasznie boli?
- Musi pani więcej jeść. Tyle tabletek, lekarstw. Pewnie dlatego boli...
- Dobrze. Będę od jutra jeść więcej.
Ale wiem, że jutro znowu zje jak wróbelek. I będzie nadal czuła ból...
Sprawdzam czas. Druga w nocy...
Wychodzę na korytarz. Półmrok, jęki wydobywające się z pokoi rozsadzają głowę.
Szpital śpi niezdrowym snem.
Wracam do łóżka.
*****************************
Po tygodniu jesteśmy jak jedna wielka Rodzina...
Nie mamy tajemnic... Nasze troski, niepokoje mieszają się w jednym szpitalnym tyglu.
- Jak się pan dzisiaj czuje? ( pytam pana, który zmaga się z poważnym schorzeniem)
- Pani Basiu, żona zaczęła jeść! ( Mąż jednej pani uśmiecha się do mnie przez łzy)
- Może coś pomóc? ( Jestem na sali "najsilniejsza", więc czuwam, by pomóc Nince i innym)
Mijamy się wszyscy po sto razy na długim wąskim korytarzu, w salach zabiegowych, etc...
Trzymamy się razem.
Po tygodniu widzę, że Ninka się śmieje, perlistym zdrowym śmiechem.
- Pani Basiu, niech pani dalej opowiada. Jest tak wesoło...
Opowiadam i pani Irenka też opowiada, a kiedy Ninka nie widzi, ocieramy ukradkiem łzy...
****************************************
Mija kolejny tydzień...
Pani Ninka jedzie do domu. Na razie koniec leczenia. Trzecia chemia może Ją zabić.
Trzymam Ją za rękę.
- Wszystkiego dobrego. Musi pani się wzmocnić, żeby dalej się leczyć. Pamięta pani?
- Pamiętam. Dziękuję za wszystko... Będzie dobrze...
Nie potrafię wydusić z siebie żadnego słowa.
Patrzę za Nią. Ratownicy wynoszą Ninkę na noszach. Wybucham płaczem. Uciekam na balkon. To mnie przerasta. Widzę moją kochaną Anię... Wracają wspomnienia.
Zresztą nie muszą wracać, są ze mną cały czas.
A jesień nie odpuszcza, jest nadal słoneczna, kolorowa i piękna.
******************************
Jestem w domu.
Za kilka dni badania w kolejnej klinice...
Już nie zadaję pytań. Czekam...
*******************************
Dziękuję za wszystkie komentarze pełne ciepła i empatii pod ostatnim postem.
Za każdy przejaw troski.
Ciągle nie potrafię jeszcze dojść do siebie.
Proszę Was o cierpliwość...
Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich odwiedzających.